czwartek, 26 listopada 2009

Poezja spontaniczna

Czasami zdarza się tak, że wena twórcza dopada nas w najmniej oczekiwanym momencie. Czasami bywa tak, że pies ucieka po to, żebyśmy odnaleźli go w miejscu, w  którym najmniej się tego spodziewamy - szukając go przeszukujemy zakątki, w które nigdy nie zapuścilibyśmy się normalnie. Może właśnie o to chodzi - o to, że nasze zwierzaki chcą nas zaciągnąć gdzieś, gdzie sami z własnej woli nigdy nie pójdziemy?

Pitbull Ambroży zwiał na kilka dni zostawiając mnie tylko z migreną i koszmarnym bólem rozsadzanego przez nadliczbowy ząb dziąsła. Ale dziś w nocy zauważyłem go wracając z pewnego klubu i idąc za nim wpadłem zupełnie przypadkiem na fragmenty własnego ja porozrzucane gdzieś po parkingach Mokotowa. Dzięki niemu udało mi się uporządkować kilka rzeczy i napisać na skrawku papieru ten wierszyk, który znajdziecie poniżej. Niekiedy mam wrażenie, że Pitbull Ambroży czeka na mnie, żeby zabrać mnie na drugą stronę. Czasami myślę sobie, że jest on ostatnią rzeczą, która trzyma mnie tutaj.

Wiem, że wierszyk jest przydługawy. Ale czasami trudno silić się na krótką formę, kiedy tyle myśli na raz, niczym papierosowy dym, kłębi się w nas walcząc o to, by wydostać się na zewnątrz.

bez tytułu

Sny o nieistnieniu
Prześladują mnie co noc
Rozpływam się w ustach nicości
Które nie chcą mnie przeżuć
To nieprawdopodobne
Ile związków
(chemicznych)
Jestem w stanie w siebie wmusić
A mimo to
Definiują mnie
Zaburzenia ciśnienia
I krew płynąca z twarzy
.
Nie chcę, by ktokolwiek widział
Jak przegrywam sam ze sobą
Sparing o świadomość
Nawet gdy mieszam
Wódkę z ketoprofenum
Przez moment pamiętam
Pękanie na milion drzazg
.
W twoim oku
Jestem tylko
Dymem niedogaszonego papierosa

piątek, 6 listopada 2009

Haiku jak klisza

Ostatnio napisałem trochę o tym, jak haiku powinno wyglądać. Właściwie to, o czym piszę nazywa się nieco inaczej w różnych sytuacjach, ale dla uproszczenia przyjmijmy, że haiku to krótki wiersz składający się z trzech wersów o pięciu, siedmiu i pięciu sylabach.

Jest już późno, Pitbull Ambroży smacznie chrapie w mojej pościeli więc wypadałoby, żebym i ja się wreszcie położył. Najpierw jednak chciałem wyjaśnić nieco moje podejście do haiku. Otóż zwykle poeci skupiali się na opisach przyrody, która wywoływała pewne refleksje czy wprowadzała ich określony stan emocjonalny. Mówiąc metaforycznie, gdybym chciał napisać klasyczne haiku wziąłbym aparat fotograficzny i zrobię zdjęcie kiedy zobaczę coś urokliwego, co poruszy moje serce albo sprawi, że Pitbull Ambroży przysiądzie na spacerze z wrażenia i lekko przekrzywi głowę, jakby chciał przyjrzeć się temu bliżej. Potem przepiszę to zdjęcie słowami wspominając, jak czułem się kiedy obraz utrwalał się na kliszy.

Moje haiku, na których pisanie ostatnio naszła mnie chęć są raczej zdjęciami z tomografu komputerowego. Chcę, żeby oddawały to, co dzieje się w mojej głowie, rysowały obraz uszkodzeń i może nie tyle degeneracji, co przemian mojego umysłu. Nie tyle staczam się, co zatracam. Nie znajdziecie tutaj więc impresji o czerwono - złotej jesieni ani o kaczkach w stawie na Polu Mokotowskim, ale to, co dzieje się wewnątrz autora, drogie Dzieci, lub też co Pitbull Ambroży sądzi, że się z autorem dzieje. Mam nadzieję, że się Wam spodoba ta odmiana od wierszyków i fragmentów kolejnych Bajek, których nie zamieszczam, ponieważ jakoś nie mamy ostatnio czasu, aby przysiąść i pisać.

Bezradny bełkot
Wylewa się z gardła
Pod Twoje stopy

wtorek, 3 listopada 2009

Kolejne Haiku

Wiem, że hurtowe zamieszczanie poezji, nawet w tak krótkich formach nie powinno mieć miejsca, nie mówiąc już o produkowaniu wierszy w tak zatrważających ilościach jak ostatnio to czynimy z Pitbullem Ambrożym, ale zwróćcie uwagę na to, że nie wszystkie te wierszyki są nowe, więc to, że piszemy ostatnio jakoś więcej niż zwykle jest tylko złudzeniem.
Dziś będzie więc haiku o tym, co dzieje się ze mną i z Pitbullem Ambrożym. Trącił mnie właśnie nosem, żebym nie zapomniał, że jest to haiku z dedykacją dla kogoś bardzo dla nas ważnego.

Porzucam mój dom
Nad zamarzniętą taflą
Huragan ognia

Wierszyk pod numerem 32

Podobno ludzie piszą najwięcej, kiedy jest im smutno. No bo przecież kiedy jest dobrze, to raczej skupiają się nad tym, żeby chwytać te radosne chwile w dłonie a nie na tym, żeby stać obok nich z ołówkiem w ręku i skrobać na kartce papieru, jak jest wspaniale. Skoro jest wspaniale, to lepiej się cieszyć tym, co się dzieje zamiast odsuwać się i patrzeć na wszystko z boku, żeby móc to ująć w ciasne ramy wiersza.

Pitbull Ambroży, kiedy jest szczęśliwy albo merda ogonem albo drepcze sobie po parku rozmyślając pewnie nad bohaterami różnych opowiastek. A kiedy jest mu smutno wyje do nocnego nieba za oknem i nie daje mi spać. Ostatnio wydaje się tak smutny, że nawet nie chce mu się wyć, tylko leży przez całą noc koło mojego łóżka i wpatruje się w powoli przesuwające się za oknem chmury. Żeby jednak nie wyglądało to tak, że nie jest w stanie nic napisać pomyślałem sobie, że zamieszczę jakiś wcześniejszy wierszyk, który może będzie odpowiadał nastrojowi Pitbulla Ambrożego.

32.

Ponad ołowianymi chmurami
Trzy gwiazdy w-na krzyż
mój wzrok spada
jedenaście pięter w dół
żeby blask tych małych kropeczek
odbity w twoich oczach
nie spalił mnie na popiół

poniedziałek, 2 listopada 2009

Haiku

Haiku. Tradycyjna forma poezji japońskiej. Tak naprawdę to, co rozumiemy pod słowem haiku, czyli krótki utwór o strukturze sylab 5 + 7 + 5 to hokku, czyli zalążek całego haiku. Haiku ma opisywać jakiś stan natury. Rzadziej stan duchowy. Najlepiej, jeżeli opisuje jakąś impresję twórcy inspirowaną chwilą. Spoglądając na świat poeta utrwala obraz i swoje uczucia w tej formie, jak na zdjęciu. Fotografie również nie oddają tego, co czuło się w danej chwili, ale pozwalają przywołać znów te uczucia, przymknąć oczy i znaleźć się znowu w tym samym miejscu. Tak powinno oddziaływać na nas hokku. Potem dopisujemy do tego kolejny wers. 7 + 7. I tak powstaje pierwsza strofa. I możemy tak pisać dalej, jakby tworząc album ze zdjęciami, jakbyśmy ustawili aparat na fotografię sekwencyjną. O teorii będzie jeszcze kiedyś, bo Pitbull Ambroży szczeka na mnie, że powinienem się skupić na wierszu, a nie na opisywaniu tego, jak powinien działać. Czy wiersze działają?

Spójrz mi w oczy
Tysiąc wcieleń czekałem
By usłyszeć nie

niedziela, 1 listopada 2009

Wierszyk pod numerem 30

Czasami tak się zdarza, że w życiu mają miejsce zmiany, które trudno zaakceptować. Pitbull Ambroży, mój najlepszy i czasami jedyny przyjaciel który może się do mnie zbliżyć w każdej chwili (bo poza towarzyszeniem mi w moich onirycznych podróżach nie robi w życiu specjalnie zbyt wiele) przypomniał mi dzisiaj pięć faz umierania, które dopasować można także do wielu innych sytuacji.
Najpierw jest zaprzeczenie, kiedy nie chcemy się pogodzić z tym, że zdarzyło się coś takiego. Potem gniew, kiedy próbujemy zniszczyć nowy porządek, chociaż wiemy, że stary świat już przepadł i nasze życie nigdy już nie będzie takie, jak kiedyś. Potem jest faza targowania się, kiedy próbujemy zaklinać, modlić się, przekupić wszystkich wokół w zamian za obietnice i przysięgi. Następnie przychodzi faza depresji, stagnacji, kiedy nie mamy siły udawać, że mamy siłę to udźwignąć.
I wreszcie faza akceptacji. Kiedy godzimy się z obrotem wydarzeń czekając spokojnie na to, co stać się musi. Czasami nawet z zaciekawieniem. Co będzie.

Z związku z tym, że fluktuuję gdzieś pomiędzy gniewem, depresją a akceptacją, Pitbull Ambroży prosił mnie, żebym przypomniał sobie jeden z najwcześniejszych wierszyków i tutaj go opublikował. Miłej lektury.

30.

Nie dociera to do mnie
więc nie potrafię się przejąć
wchodzę na pokład tyłem
patrząc w stronę lądu
nie chcę wiedzieć, że płynę

niedziela, 27 września 2009

Fragment opowiadania "Mała"

Ponieważ dawno nie było już żadnych fragmentów na tym blogu zdecydowaliśmy z Pitbullem Ambrożym zamieścić fragment bardzo wczesnej wersji opowiadania Mała. Poniżej znajdziecie pierwsze dwa akapity tej nowelki będącej częścią zbioru Bajki o końcu świata. Żadna edycja nie miała jeszcze miejsca, nie krępujcie się, jeżeli zauważycie jakieś błędy.
Jak szybko się domyślicie, jest to opowiadanie detektywistyczne nawiązujące do klasyków gatunku, jakie powstawały w tym okresie. Starałem się dopracować wszystko tak, żeby jak najlepiej oddać atmosferę tamtych lat, może w tym fragmencie akurat tego nie znajdziecie, ale główny bohater odwołuje się do słynnych w tym czasie filmów, sportowców, wydarzeń.
Życzymy miłej lektury.


Nocą miastem rządzą koty. Przemykają pomiędzy cieniami zaułków, nawołują się wypełniając ciszę potępieńczymi jękami czasami tak przerażająco podobnymi do ludzkiego płaczu. Są takie chwile, kiedy przechadzając się wąskimi uliczkami nagle słyszę, jak któryś z tych nieodgadnionych wędrowców spada na kawałek porzuconej blachy na tyłach jakiegoś domu i odwracam się, jak na odgłos wystrzału, z dłonią na kolbie niczym bohater wydanego na papierze z odzysku westernu. Zresztą, gdyby o mnie pisano powieści też pewnie wydawano by je na srajtaśmie.
Mając już dość szwędania się po Chinatown niespiesznym krokiem przemierzam Most Brookliński, trzymając w zębach peta którego nikłe światełko desperacko walczy z wiatrem staram się iść tyłem, podziwiając panoramę Manhattanu, której nigdy nie mogę się nadziwić. W nocy jest zdecydowanie zbyt jasno. Miliony żarówek pożerają prąd tylko po to, żeby tysiące nocnych Marków którzy pielgrzymują pomiędzy ulicami półwyspu nie bało się ciemności. Mrok spowija tylko te zaułki, które po zmroku karmią się krzykami przyduszanych w nich samotnych ofiar, okradanych z drobnych, gwałconych, mordowanych za niewinność albo za grzechy całego życia.
Wielkie Jabłko, którym można najadać się do syta każdego dnia, miesiącami, latami, przez miliony żyć tych wszystkich larw, które się tutaj urodziły albo przyjechały, nie ważne, czy na pięć godzin czy na pięćdziesiąt lat. Wszyscy z lotu ptaka wyglądają jak robactwo, które pełznie bez celu arteriami miasta, jak glisty w ciele zakażonego, z tą tylko różnicą, że Nowy Jork nie może wysrać wszystkich szumowin.
A propos szumowin…
Zsuwam nieco rękaw mojego najlepszego skórzanego płaszcza – na ciemnym materiale marynarki nie widać krwi, ale czuję, że cały się lepi od mojej juchy. Kula tylko mnie drasnęła, a leje się ze mnie jak z zarzynanej świni. Chowam się za monumentalnym filarem tak, żeby nie było mnie widać z jezdni, po której bezustannie śmigają samochody, w tę i we w tę. Kładę płaszcz na ziemi, siadam na nim brudnym od ziemi tyłkiem, odrywam drugi rękaw i nie ściągając koszuli z rany obwiązuję sobie moje „zadrapanie”, naciągam płaszcz i poprawiwszy go kilkoma ruchami barków obciągam rękawy, od hulającego między przęsłami wiatru zaczyna być mi zimno w dłonie.
Jestem niemal pewien, że nie wiedzą, gdzie jestem. Umknąłem im tak, jak to tylko ja potrafię, znając każdą uliczkę i każdy zaułek, każdy zakamarek gdzie koty, baczni obserwatorzy wytyczają swoje tajemnicze szlaki. Nawet jeżeli gonili mnie do Chinatown, to pośród upstrzonych neonami alejek nie mieli już szans za mną nadążyć. Pieprzone mośki.
Pieprzona Lil! Niemal to wykrzyczałem. Aż się we mnie zagotowało. Oczy miała otwarte, wzrok wbity we mnie kiedy jej ciało upadało, teatralnie i powoli podczas gdy pociąg ołowiu wbijał się jej w plecy, niemal czułem pęd kul które przebijały się przez jej klatkę piersiową, szarpały na strzępy bluzkę i płaszcz. Tak mocno wiało, kiedy się całowaliśmy musiała ciągle odgarniać włosy z twarzy, ale kiedy osunęła się na ziemię widziałem jej oczy dokładnie, sam nie będąc pewien, co w nich widzę. Czy to była jej złość na samą siebie, że dała się złapać w pułapkę, czy może chciała mi powiedzieć „przepraszam” wiedząc, że teraz moja kolej, żeby zostać królikiem dla myśliwych z żydowskiej mafii… Cokolwiek bym nie chciał zobaczyć w jej spojrzeniu jestem pewien, że mógłbym sobie wmówić. Również to, że w tej chwili tak strasznie jej nienawidzę, że jestem gotów przekląć dzień, w którym ją poznałem.

No właśnie. Dziś mija czwarta doba od tego niezwykłego momentu. Spędziliśmy razem trzy cudowne dni. Aż do dzisiejszego poranka. Weź się w garść, Jack, zachowujesz się jak uczniak którego nagle rzuciła dziewczyna. Co za bzdura.
Weszła do mojego biura ubrana w zdecydowanie odpowiadającą temperaturze sukienkę, na ramionach spoczywał jej lekki płaszczyk z gatunku tych, które noszą aktorki na galach. Czarne długie włosy, wijące się wokół jej twarzy niczym węże, jak u mitologicznego potwora, demona, który będzie mnie kusił ustami tak czerwonymi, jak czerwone nie potrafią być nawet róże; namiętnymi wargami ostro odcinającymi się głęboką barwą od bladej twarzy. Są takie kobiety, które wyglądają, jakby zaraz miały zemdleć, żeby taki naiwny blondynek jak ja od razu rzucał się na pomoc na sam ich widok. One mają coś w swoim spojrzeniu takiego, co jednocześnie usypia twoją czujność i sugeruje ci, że masz do czynienia z drapieżnikiem, któremu i tak nie możesz się oprzeć. I te rozchylone wargi, z językiem sporadycznie ślizgającym się po zębach, pełne i namiętne wargi które mógłbyś gryźć, ssać, na myśl o których chce ci się płakać, wyć i mordować.
Lil była wzorcowym przedstawicielem tego typu uwodzicielek, które niczym syreny wabią mężczyzn żeby później móc ich pożreć. Wiedziałem o tym, kiedy szybkim ruchem odsunęła fotel dla klientów, posadziła na jego sparciałym siedzisku swoje idealnie ukształtowane pośladki i założyła nogę na nogę. Oczywiste było, że muszę się bronić, tak samo jak oczywiste było, że nie dam rady się oprzeć. Rozłożyłem się więc wygodnie na oparciu, złożyłem dłonie na karku modląc się, żeby plamy potu nie wypłynęły mi pod pachami dyskredytując całkowicie, po czym nerwowo kręcąc palcem w bucie starałem się nie palnąć niczego idiotycznego, maskując świadomość nadchodzącej klęski głupawym uśmieszkiem.
Podejrzewałem że będzie mnie prosić o śledzenie dużo starszego męża od którego planuje wyłudzić alimenty albo chce odzyskać swoje nagie fotografie, które dała zrobić jakiemuś gołowąsowi podającemu się za wschodzącą gwiazdę nowojorskiej awangardy artystycznej. Takie wampy przychodzą do prywatnych detektywów tylko po takie rzeczy, wiedzą, że policja im nie pomoże w rozwikływaniu delikatnych spraw wymagających dyskrecji a przede wszystkim pewności, że rażony piorunem ich urody tajniak będzie działał z fanatyczną lojalnością. Przynajmniej tak zawsze pisują w książkach.
Tymczasem ona wpatrywała się w zakurzoną tabliczkę z moim nazwiskiem, jakby chcąc ocenić, czy moje imię nada się do jej diabolicznych planów usidlania bezbronnych wobec niewieściego arsenału samców, czy też nie… Pewnie, że się nada. Jack. Takie dobre, amerykańskie imię.
- Jack… - myślałem że spadnę z fotela kiedy jej obłędne usta wypowiedziały słowo które zwykłem słyszeć kilkadziesiąt razy dziennie. Zabrzmiało tak, jakbym właśnie doprowadził ją do orgazmu stulecia, wstrząsnęły mną dreszcze.
No dobra, może lekko przesadziłem, ale jak tak się właśnie czułem. Jakby do mojego zawszonego, zapomnianego przez Boga biura nagle wtargnął huragan nieziemskiego piękna, szalonej namiętności i niewyobrażalnych kłopotów. Najmniej wiarygodne w tej historii jak dotąd jest to, że kiedy Lil pierwszy raz przekraczała mój próg nie chciała ode mnie nic. Absolutnie nic, totalnie nic. Weszła i zapytała:
- Może umówimy się na kawę, detektywie?
To było jak cios prosto w śledzionę, mało nie złożyłem się na biurku skowycząc z bólu. Metaforycznie. Ale chciałem paść na biurko żeby nie widziała, jak płomienny rumieniec oblewa moje zdeformowane setkami bójek lico. W zaistniałej sytuacji mogłem zrobić tylko jedno: podjąć jedyną słuszną decyzję z którą zgodziłby się ze mną każdy prawdziwy twardziel.
- Właściwie w tej chwili nie mam nic do roboty, więc może skoczymy gdzieś, znam w okolicy całkiem miłą kawiarenkę…