Dziś mamy swoiste święto lasu, wrzucamy bowiem fragment Tkaniny. Był to mój pierwszy pomysł na powieść, tak ogromny, szczegółowy i dopracowany, że w końcu mnie przerósł. To, co wydaje się być doskonałym scenariuszem nie zawsze wygląda tak niesamowicie w realizacji. Tak długo, jak długo nie jesteś zadowolony ze swojego rezultatu Twoje morale spada, aż w końcu moje uderzyło o grunt z wielkim hukiem.
Od tamtej pory nie mogę się zabrać za Tkaninę nie dlatego, że mi się nie chce, czy dlatego, że nia mam pomysłów na to, co dalej zrobić z jej bohaterami - scenariusz leży, jest dopieszczony w najdrobniejszych szczegółach i dlatego nie chcę go zepsuć skrobiąc coś tylko z poczucia obowiązku. W dniu, w którym uznam, że mój warsztat przeszedł wystarczającą ewolucję wrócę do pisania. Póki co mały fragment pasujący do zbliżającego się końca lata:
- Tak, wiem. Masz wszystko, czego ci trzeba. Nie robisz specjalnie nic, ale i niczego nie potrzebujesz więcej. Chciałeś kupić samochód, skończyło się na nowym głośniku do wiosła i sporadycznych karach za jazdę metrem bez biletu…
Westchnęła, włożyła ręce pod głowę i leżeli tak chwilę w milczeniu, wpatrując się w bezkształtne chmury, pełznące leniwie nad parkiem. Joss uniósł się na łokciach obrzucając spojrzeniem całą okolicę, po czym usiadł tuż za nią i oparł ją o siebie, leniwie wkładając palce pomiędzy jej kruczoczarne fale. Drzewa zasłaniały im wszystkie betonowe bloki na widoku, stwarzając iluzję małego elizjum natury w wyasfaltowanym od podziemi aż po dachy biurowców Otti. Psy szczekały nadal, dzieci ciągle wrzeszczały, staruszkowie trajkotali jak najęci popijając herbatę z termosów, zupełnie zresztą jak rozleniwieni ostatnim dniem wakacji studenci.
- Prawie jak w Central Parku. – zauważył Joss, podając Wiki termos. – Popatrz, ta górka, na której siedzimy, te okrągłe drzewa, tam staw. Jak na filmach o Nowym Jorku. Brakuje tylko miłośników popołudniowego joggingu.
- Która godzina?
- W pudło szóstej. Jedziemy już?
- Jestem umówiona na wpół do siódmej. - zakręciła termos i schowała dodatek dla kobiet do torebki. Spakowali wszystkie rzeczy i ruszyli wzdłuż alejki ku wyjściu.
- Z kim? – udał brak zainteresowania.
- Z dentystą. Wiesz, tam, na osiedlu za pętlą tramwajową. – Joss doskonale znał to miejsce. Irracjonalny i paranoiczny lęk przed nawiercającymi zęby maniakami w białych kitlach zwykle trzymał go daleko od tego miejsca.
- Wpadnę po ciebie jak oprowadzę wujka. Zadzwonię i się jakoś umówmy. Długo tam będziesz siedzieć?
- Nie mam pojęcia. Po prostu zadzwoń i zapytaj, gdzie jestem.
Przeszli alejką na przystanek autobusowy i po chwili czekania zajęli miejsca w rozklekotanym pojeździe, który straszył trzeszczącą karoserią i dygoczącymi szybami, najbardziej zaś jednak powycinanymi w siedzeniach wulgaryzmami i nazwami okolicznych drużyn piłkarskich, które to rządziły lub nie, w zależności od tego, której z nich fani mieli akurat przy sobie ostre narzędzia.
Omijając kolejne remonty nawierzchni licznymi objazdami, dotarli w końcu w pobliże hotelu Astoria, który wnosił się pośród wielu szarych, betonowych bloków, w gruncie rzeczy nieco im podobny, tyle tylko, że z zewnątrz obłożony szklanymi płytami próbował jakby uciec od swoich smutnych sąsiadów. Kilka przecznic dalej straszyły dwa stare kominy przedwojennej fabryki, które na tle wbijających się w niebo szklanych wierz, których strzeliste bryły wnosiły się nieopodal, w śródmieściu, wyglądały ponuro, niemal upiornie.
Joss spojrzał na zegarek i dochodząc do wniosku, że oboje mają jeszcze mnóstwo czasu skierował się w stronę jednego z podwórek położonych między klockami z wielkiej płyty, które swoimi czteropiętrowymi cielskami zasłaniały niebo. Kilkoro dzieci bawiło się przy piaskownicy i na huśtawkach, przekrzykując się i obrażając na siebie nawzajem, by za chwilę znów się pogodzić i zacząć zabawę od nowa, nie zwracając w ogóle uwagi na przytuloną parę która usiadła na trzepaku, wpatrując się w niebo ponad budynkami.
Było stąd widać anteny i kominy hotelu, a także górne okna zimowych ogrodów rozlokowanych na całym dachu. Na balkonach bloków wisiało powiewające na wietrze pranie, a z dachu Astorii dochodziły dźwięki bliżej nie określonej muzyki, która ginęła w betonowej studni podwórka, rozbita przez szczerbate starymi oknami ściany.
- Ten hotel to pewnie też był taki blok. – zauważył Joss. – Tylko dodali jedno piętro, a na nim jeszcze nabudowali te szklane apartamenty.
Wiki nie odpowiedziała, przeciągając się, z rękoma uczepionymi górnej rury trzepaka, stopami niemal dotykała gruntu. Spoglądał na nią lekko mrużąc oczy, chociaż otaczające ich bloki kradły światło słonecznego popołudnia. Jej torebka upadła na ziemię, schylił się i zawiesił ją obok siebie.
- Co będziemy robić dziś wieczorem? – zapytała w końcu, jakby znudzona już wszystkimi innymi dźwiękami podwórka. – Wymyśliłeś coś?
- Gram dzisiaj chwilę w tym klubie koło twoich rodziców. Możemy iść razem, może z godzinę ta posiedzimy, a potem pójdziemy gdzie indziej, mogę zostawić gitarę na zapleczu.
- Nie myślałeś nad tym, żeby się zatrudnić gdzieś na stałe? Mógłbyś na przykład grać u Maksa, a potem rozlewać piwo, albo cokolwiek innego, po prostu pracować w knajpie.
- Za dużo o mnie myślisz. – objął ją i przyciągnął do siebie, rura, na której siedzieli jęknęła lekko, okruchy rdzy posypały się na przerzedzoną trawę. – Powinnaś raczej zastanowić się nad tym, co ty chcesz tak naprawdę robić. Nie zajmujmy się mną…
- … ale nami. – dokończyła za niego. – Nie lubię tego gościa, te jego wiersze jakieś takie nieskładne są. Poza tym, nie zmieniaj tematu.
- Ale Mała, zrozum, ja tak naprawdę wszystko mam…
- … czego w tej chwili potrzebuję. – znów przerwała mu Wiki. – A kiedy zacznę potrzebować, będę już sławnym bluesmanem, ludzie będą kupować moje płyty i słuchać kawałków, które naskrobię, w radio. Kotek, powtarzasz tę śpiewkę, odkąd cię poznałam. Ile w tym czasie utworów napisałeś? Ze sto? Czy więcej? Inni twoi koledzy grają znane kawałki, robią aranżacje, ktoś ich docenia za pomysłowość, a przede wszystkim ludzie chcą ich słuchać, znają to, co tamci grają. Myślisz, że chociaż jedna trzecia z tych, co siedzą po tych wszystkich modnych spelunach zna się na muzyce i docenia to, że ćwiczysz całymi dniami własne utwory zamiast grać jumpin’ at shadows?
- Żaba, ale zrozum…
- Kotuś, ty tak naprawdę nie chcesz iść do żadnego wydawcy. Nic nie nagrywasz, nie wysyłasz tego. Nie masz stałego zespołu, rozumiem, nie jest ci potrzebny, ale zanim ktoś cię zauważy będziesz pomarszczony jak rodzynek i nikt nie będzie chciał cię umieścić na okładce płyty.
- Nie chcę robić w gastronomii, to przerąbany biznes jest. – znów wróciło wspomnienie o kilkutygodniowej pracy w sieci fast foodów, gdzie smażył hamburgery, w kretyńskim fartuszku, bezustannie parząc sobie ręce gorącym olejem, potem wpychał je do naćkanych sałatą bułek i wreszcie podawał, jeszcze skwierczące, tuzinom tłustych dzieciaków, ich matek i ojców, wszystkich wyglądających jak te kotlety, tylko jeszcze przed podaniem. Najgorsze według niego było jednak to, że kazali mu przy tym nosić czapeczkę z daszkiem, która za nic w świecie nie chciała wejść na jego przypominającą afro fryzurę, sztywne jak druty włosy ciągle spychały ją z głowy, aż w końcu kiedyś upadła do frytownicy i wreszcie go zwolnili. Nie licząc bezustannych spóźnień, potępieńczego wycia rozmaitych bluesowych standardów w toalecie i przysypiania nad kontuarem, był to jedyny powód, dla którego złośliwi menadżerowie odesłali go do domu. Potem i tak jeszcze przez kilka dni śniły mu się gorące płyty grilla do wołowiny. Wzdrygnął się. – Nie, to nie dla mnie.
Jakiś samochód wjechał na podwórko, kierowca zatrąbił kilka razy i otworzył drzwi pasażera. Otworzył okno, by strzepnąć dym z papierosa, wreszcie ochrypłym głosem przywitał oschle przesadnie upudrowaną kobietę, która w wyjątkowo za krótkie jak na jej pulchne nogi spódniczce przytupała z jednego z budynków. Auto powoli wytoczyło się tyłem, pozostawiając bawiące się dzieciaki i trzepak samym sobie.
- Ja jestem emerytem społeczeństwa przemysłowego. Nic mi się nie chce, podstawowe potrzeby mam zaspokojone, a na branie udziału w wyścigu szczurów nie mam ochoty. Ja wiem, że czujesz gdzieś tam, w głębi swojego serduszka, że z tobą też coś jest nie tak, jak wszyscy inni chcieliby, żeby było. Włóczymy się po tych podwórkach, parkach, klubach, knajpach i łazienkach, wybrzydzamy na to, ale ani ja, ani ty nie chcesz innego życia. Gdybyś chciała, już dawno zostawiłabyś mnie z moim zagraconym mieszkaniem, zalaną łazienką i głupawą fryzurą, chociaż akurat w tym przypadku nie ma w tym mojej winy.
- Może już pora. – westchnęła Wiki i przytuliła się do niego, mocno wbijając paznokcie z materiał jego bluzy, zaciskając objęcia najsilniej, jak potrafiła. Powietrze wokół niej wypełniło tykanie zegarka Jossa, który chodził tylko dlatego, że nakręcał się przy potrząsaniu dłonią. Powoli zsunęli się z trzepaka, który zaskomlał żałośnie, po czym przeniknęli przez szczelinę między blokami na chodnik pod hotelem, zostawiając za sobą znów pokłócone dzieciaki.
Po chwili na pobliski przystanek podjechał autobus, Wiki zabrała Jossowi swoją torebkę, po czym całując go (przez niemal nieskończenie długą chwilę, która wydawała się być wypełniona ciepłym dotykiem jej warg, słodkim smakiem jej języka i wrzącym niemalże oddechem Jossa, który dyszał, jakby chciał wpompować w ten moment cały wszechświat, uwięzić wieczność w tym pocałunku;), stojąc już na schodkach pojazdu, dotknęła jego ramienia i pożegnała się przeciągłym spojrzeniem, pełnym właściwie wszystkiego, co oczekiwał w nim zobaczyć Joss, pełnym właściwie wszystkiego po trochu.