Ponieważ dawno nie było już żadnych fragmentów na tym blogu zdecydowaliśmy z Pitbullem Ambrożym zamieścić fragment bardzo wczesnej wersji opowiadania Mała. Poniżej znajdziecie pierwsze dwa akapity tej nowelki będącej częścią zbioru Bajki o końcu świata. Żadna edycja nie miała jeszcze miejsca, nie krępujcie się, jeżeli zauważycie jakieś błędy.
Jak szybko się domyślicie, jest to opowiadanie detektywistyczne nawiązujące do klasyków gatunku, jakie powstawały w tym okresie. Starałem się dopracować wszystko tak, żeby jak najlepiej oddać atmosferę tamtych lat, może w tym fragmencie akurat tego nie znajdziecie, ale główny bohater odwołuje się do słynnych w tym czasie filmów, sportowców, wydarzeń.
Życzymy miłej lektury.
Nocą miastem rządzą koty. Przemykają pomiędzy cieniami zaułków, nawołują się wypełniając ciszę potępieńczymi jękami czasami tak przerażająco podobnymi do ludzkiego płaczu. Są takie chwile, kiedy przechadzając się wąskimi uliczkami nagle słyszę, jak któryś z tych nieodgadnionych wędrowców spada na kawałek porzuconej blachy na tyłach jakiegoś domu i odwracam się, jak na odgłos wystrzału, z dłonią na kolbie niczym bohater wydanego na papierze z odzysku westernu. Zresztą, gdyby o mnie pisano powieści też pewnie wydawano by je na srajtaśmie.
Mając już dość szwędania się po Chinatown niespiesznym krokiem przemierzam Most Brookliński, trzymając w zębach peta którego nikłe światełko desperacko walczy z wiatrem staram się iść tyłem, podziwiając panoramę Manhattanu, której nigdy nie mogę się nadziwić. W nocy jest zdecydowanie zbyt jasno. Miliony żarówek pożerają prąd tylko po to, żeby tysiące nocnych Marków którzy pielgrzymują pomiędzy ulicami półwyspu nie bało się ciemności. Mrok spowija tylko te zaułki, które po zmroku karmią się krzykami przyduszanych w nich samotnych ofiar, okradanych z drobnych, gwałconych, mordowanych za niewinność albo za grzechy całego życia.
Wielkie Jabłko, którym można najadać się do syta każdego dnia, miesiącami, latami, przez miliony żyć tych wszystkich larw, które się tutaj urodziły albo przyjechały, nie ważne, czy na pięć godzin czy na pięćdziesiąt lat. Wszyscy z lotu ptaka wyglądają jak robactwo, które pełznie bez celu arteriami miasta, jak glisty w ciele zakażonego, z tą tylko różnicą, że Nowy Jork nie może wysrać wszystkich szumowin.
A propos szumowin…
Zsuwam nieco rękaw mojego najlepszego skórzanego płaszcza – na ciemnym materiale marynarki nie widać krwi, ale czuję, że cały się lepi od mojej juchy. Kula tylko mnie drasnęła, a leje się ze mnie jak z zarzynanej świni. Chowam się za monumentalnym filarem tak, żeby nie było mnie widać z jezdni, po której bezustannie śmigają samochody, w tę i we w tę. Kładę płaszcz na ziemi, siadam na nim brudnym od ziemi tyłkiem, odrywam drugi rękaw i nie ściągając koszuli z rany obwiązuję sobie moje „zadrapanie”, naciągam płaszcz i poprawiwszy go kilkoma ruchami barków obciągam rękawy, od hulającego między przęsłami wiatru zaczyna być mi zimno w dłonie.
Jestem niemal pewien, że nie wiedzą, gdzie jestem. Umknąłem im tak, jak to tylko ja potrafię, znając każdą uliczkę i każdy zaułek, każdy zakamarek gdzie koty, baczni obserwatorzy wytyczają swoje tajemnicze szlaki. Nawet jeżeli gonili mnie do Chinatown, to pośród upstrzonych neonami alejek nie mieli już szans za mną nadążyć. Pieprzone mośki.
Pieprzona Lil! Niemal to wykrzyczałem. Aż się we mnie zagotowało. Oczy miała otwarte, wzrok wbity we mnie kiedy jej ciało upadało, teatralnie i powoli podczas gdy pociąg ołowiu wbijał się jej w plecy, niemal czułem pęd kul które przebijały się przez jej klatkę piersiową, szarpały na strzępy bluzkę i płaszcz. Tak mocno wiało, kiedy się całowaliśmy musiała ciągle odgarniać włosy z twarzy, ale kiedy osunęła się na ziemię widziałem jej oczy dokładnie, sam nie będąc pewien, co w nich widzę. Czy to była jej złość na samą siebie, że dała się złapać w pułapkę, czy może chciała mi powiedzieć „przepraszam” wiedząc, że teraz moja kolej, żeby zostać królikiem dla myśliwych z żydowskiej mafii… Cokolwiek bym nie chciał zobaczyć w jej spojrzeniu jestem pewien, że mógłbym sobie wmówić. Również to, że w tej chwili tak strasznie jej nienawidzę, że jestem gotów przekląć dzień, w którym ją poznałem.
No właśnie. Dziś mija czwarta doba od tego niezwykłego momentu. Spędziliśmy razem trzy cudowne dni. Aż do dzisiejszego poranka. Weź się w garść, Jack, zachowujesz się jak uczniak którego nagle rzuciła dziewczyna. Co za bzdura.
Weszła do mojego biura ubrana w zdecydowanie odpowiadającą temperaturze sukienkę, na ramionach spoczywał jej lekki płaszczyk z gatunku tych, które noszą aktorki na galach. Czarne długie włosy, wijące się wokół jej twarzy niczym węże, jak u mitologicznego potwora, demona, który będzie mnie kusił ustami tak czerwonymi, jak czerwone nie potrafią być nawet róże; namiętnymi wargami ostro odcinającymi się głęboką barwą od bladej twarzy. Są takie kobiety, które wyglądają, jakby zaraz miały zemdleć, żeby taki naiwny blondynek jak ja od razu rzucał się na pomoc na sam ich widok. One mają coś w swoim spojrzeniu takiego, co jednocześnie usypia twoją czujność i sugeruje ci, że masz do czynienia z drapieżnikiem, któremu i tak nie możesz się oprzeć. I te rozchylone wargi, z językiem sporadycznie ślizgającym się po zębach, pełne i namiętne wargi które mógłbyś gryźć, ssać, na myśl o których chce ci się płakać, wyć i mordować.
Lil była wzorcowym przedstawicielem tego typu uwodzicielek, które niczym syreny wabią mężczyzn żeby później móc ich pożreć. Wiedziałem o tym, kiedy szybkim ruchem odsunęła fotel dla klientów, posadziła na jego sparciałym siedzisku swoje idealnie ukształtowane pośladki i założyła nogę na nogę. Oczywiste było, że muszę się bronić, tak samo jak oczywiste było, że nie dam rady się oprzeć. Rozłożyłem się więc wygodnie na oparciu, złożyłem dłonie na karku modląc się, żeby plamy potu nie wypłynęły mi pod pachami dyskredytując całkowicie, po czym nerwowo kręcąc palcem w bucie starałem się nie palnąć niczego idiotycznego, maskując świadomość nadchodzącej klęski głupawym uśmieszkiem.
Podejrzewałem że będzie mnie prosić o śledzenie dużo starszego męża od którego planuje wyłudzić alimenty albo chce odzyskać swoje nagie fotografie, które dała zrobić jakiemuś gołowąsowi podającemu się za wschodzącą gwiazdę nowojorskiej awangardy artystycznej. Takie wampy przychodzą do prywatnych detektywów tylko po takie rzeczy, wiedzą, że policja im nie pomoże w rozwikływaniu delikatnych spraw wymagających dyskrecji a przede wszystkim pewności, że rażony piorunem ich urody tajniak będzie działał z fanatyczną lojalnością. Przynajmniej tak zawsze pisują w książkach.
Tymczasem ona wpatrywała się w zakurzoną tabliczkę z moim nazwiskiem, jakby chcąc ocenić, czy moje imię nada się do jej diabolicznych planów usidlania bezbronnych wobec niewieściego arsenału samców, czy też nie… Pewnie, że się nada. Jack. Takie dobre, amerykańskie imię.
- Jack… - myślałem że spadnę z fotela kiedy jej obłędne usta wypowiedziały słowo które zwykłem słyszeć kilkadziesiąt razy dziennie. Zabrzmiało tak, jakbym właśnie doprowadził ją do orgazmu stulecia, wstrząsnęły mną dreszcze.
No dobra, może lekko przesadziłem, ale jak tak się właśnie czułem. Jakby do mojego zawszonego, zapomnianego przez Boga biura nagle wtargnął huragan nieziemskiego piękna, szalonej namiętności i niewyobrażalnych kłopotów. Najmniej wiarygodne w tej historii jak dotąd jest to, że kiedy Lil pierwszy raz przekraczała mój próg nie chciała ode mnie nic. Absolutnie nic, totalnie nic. Weszła i zapytała:
- Może umówimy się na kawę, detektywie?
To było jak cios prosto w śledzionę, mało nie złożyłem się na biurku skowycząc z bólu. Metaforycznie. Ale chciałem paść na biurko żeby nie widziała, jak płomienny rumieniec oblewa moje zdeformowane setkami bójek lico. W zaistniałej sytuacji mogłem zrobić tylko jedno: podjąć jedyną słuszną decyzję z którą zgodziłby się ze mną każdy prawdziwy twardziel.
- Właściwie w tej chwili nie mam nic do roboty, więc może skoczymy gdzieś, znam w okolicy całkiem miłą kawiarenkę…