poniedziałek, 1 lutego 2010

Nieszczerość poezji

Podobno Kochanowski wcale nie tęsknił tak okrutnie za Urszulką, wykorzystał ją, żeby mieć wenę twórczą, temat do pisania, stąd uporządkowana struktura całego cyklu Trenów, stąd płynne przejścia w podejściu, doskonała konsekwencja twórcza. Czy poecie wypada tak, udawać przed samym sobą żal, miłości, smutek, radość, żeby tylko móc napisać coś dobrego? Czy wolno przywoływać myśli i wspomnienia, które tak naprawdę są już wyblakłe, niewyraźne, bez większego znaczenia; tylko po to, żeby sztucznie napełnić je kolorem i stworzyć fragment dobrego wiersza? Wygląda to trochę na pokazywanie zdjęć przerobionych w fotoszopie ludziom, którzy nie mają pojęcia, jak naprawdę wyglądał krajobraz, ale wierzą w to ze względu na doskonałą formę, której nie sposób odróżnić od wierszy pisanych z prawdziwym zaangażowaniem.

Co więcej, taka poezja tworzona raczej jako rzemiosło niż realne oddawanie stanu umysłu nierzadko lepsza jest niż spontaniczne próby uchwycenia w jakiś sposób efemerycznych emocji. Lepiej zrobić zdjęcie, zdystansować się do niego, a potem, pamiętając tamtą reakcję podrasować nieco rzeczywistość i spisać coś znacznie bardziej estetycznego, niż skrawek papieru wyrwany z własnego ja.

Wybaczcie, mamy z Pitbullem Ambrożym straszną awersję do nadawania naszym wierszom tytułów. Miłej lektury.


Kolejny dzień, w którym mleko rozlało się po niebie
(Tuż po świcie, kiedy noc pierzchała musiała w pośpiechu je wylać)
Kolejny dzień, gdy budzę się bez siebie
(Cały ja zapomniałem siebie gdzieś w nieobecnych chwilach)

Trochę ponuro, tygodniami nie widzieć słońca
Nie słyszeć nic poza szczelnym chmur zgrzytaniem
Trochę bajkowo, przez ten śnieg na gałęziach czekający wiosny
Powolnego samobójstwa, znudzony, trochę jak kot z Cheshire

Trochę spokojniej, oddychać dla samego smaku powietrza
Zaciągać się mroźnym zmierzchem, nocą bezgwiezdną
Trochę straszniej wyciągać ręce po ramiona zamknięte
Stracić przyczynę, powód do golenia się z włosem, pod włos, kolejno

Dziś znów dzień, w którym szare, przybrudzone oczy
Odbijają matowe to-wszystko; mleko rozlało się po niebie
Nie zdołałem upilnować snów, znowu, tej nocy
Kolejny dzień, gdy nie budzę się z dłońmi splecionymi wokół Ciebie

środa, 16 grudnia 2009

Pewnej nocy... czyli nowy zupełnie wierszyk

Pewnej nocy zasypiając z Kimś Absolutnie Wyjątkowym, próbując odpłynąć w sen jednocześnie chcąc zachować na tyle świadomości, żeby móc karmić swoją głowę obecnością Tego Kogoś, chłonąć oddech i czuć każdy dotyk na moich plecach, na moim karku, na moich rękach oplatających się wokół szyi Kogoś Niesamowicie Niezwykłego; usłyszałem, jak Pitbull Ambroży mruczy coś przez sen.

Wszyscy wiemy, że psy nie mruczą, ale bliżej było tym dźwiękom do kociego mruczenia niż do zwykłego powarkiwania, jakie czasem zdarza się śpiącemu Pitbullowi Ambrożemu. Nadmienię przy tym, że Pitbull Ambroży śpi zawsze gdzieś w mojej okolicy, jakby sam fakt, że śnię pozwalał mu lepiej się wysypiać, jakby chłonął obrazy z moich nocnych wypraw wgłąb własnej głowy, żeby potem móc snuć, tkając z nich, swoje kosmiczne opowieści.

Całując Kogoś Absolutnie wyjątkowego szepnąłem tylko: zapamiętaj ten wierszyk, bo przed świtem o nim zapomnę - nie zdołałem jeszcze wyjaśnić mojej dziwnej relacji z Pitbullem Ambrożym jeżeli chodzi o przepływ myśli i komunikację pies - człowiek, więc nie kłopotałem się informowaniem, że oto zaraz wyjawię kilka myśli, które przyśniły się właśnie Pitbullowi Ambrożemu. Oto i niniejszy wierszyk:

Zaciągam się Twym uśmiechem
Jak najdroższym papierosem
Nie dbam o to, ile kosztują
Wykupię wszystkie paczki
Żeby ten smak należał
Tylko do mnie

niedziela, 6 grudnia 2009

Bluesowe piosenki

Ostatnio cierpimy z N. na nagły przypływ weny twórczej jeżeli chodzi o nasze muzykowanie. Z nadmiaru dźwięków Pitbull Ambroży zaczął w pewnym momencie wyć do melodii i pomyśleliśmy sobie: hej, masz rację, przydałyby się teksty! Zasiedliśmy więc z we dwóch: Pitbull Ambroży i ja, i oto, co zrodziło się w wyniku naszych zabaw z dobieraniem rymów do muzyki. Tekst do piosenki Macki nieco inspirowany muzyką, w której ostatnio się zasłuchujemy. Miłej lektury.

Drzwi w podłodze

Poprzez zasłony światło przyćmione
Desek parkietu przy twarzy chłód
Nocą bezgwiezdną słońce zgaszone
Na jego piersiach ślady jej stóp

Przez drzwi w podłodze
Wyszedł jej cień
Przez drzwi w podłodze
wypłynął jej cień x2

Dziś rano kibel to konfesjonał
Wieczorem w szklankach zatonął zmierzch
Kiedyś samotność przyjdzie po nią
Kiedyś po mnie przyjdzie też

Przez drzwi w podłodze
Wejdą grabarze
Przez drzwi w podłodze
Wpłynie czerń x2

Korytarz myśli wypełniasz krzykiem
Jak szklanki tłuczesz bluesowy rytm
Cokolwiek śpiewam - w dupie masz muzykę
Chwilę potem zapijasz wódką łzy

Może to wszystko wcale nie istnieje
Może ta chwila to tylko sen?
Może przyśniłaś mi się dziś przez chwilę?
Może ta chwila spłoszyła taki sen?

Może widziałem Cię tylko przez moment
Może się nawet nie odwróciłaś?
Może to ty wyśniłaś o mnie?
Może ja sobie to wymyśliłem?

Sia la la la la la la
Sia la la la la la la
Sia la la la la la la
Sia la la la la la la (2x)

Macki

Z każdym świtem
Każdego dnia
Zrywam się zlany potem
Czy ja to jeszcze ja?

Myśli dotąd ukryte
Rozwiewa wiatr
A przykrywam się kocem
Choć przeciąg wciąż gna

Czasami chciałbym wstać
I zamknąć okno
Ulewa płynie przez parapet
Ale wolę moknąć

Ale nie, nie, nie
Już utopiłem się
Ale nie, nie, nie
Ciągle Ty ciągniesz mnie

Ale nie, nie, nie
Wciąż więcej wody chcę
Ależ tak, tak, tak
Puścmy z dymem ten świat

Każdego ranka
Na moich skorniach
Chciałbym czuć ciepło
Twych delikatnych dłoni

Nie wiem czy czasem
Tulić chcesz mnie tak
Czy może raczej złapać mocniej
I mi skręcić kark

Czasami sobie myślę
Że to był błąd
Co robisz w każdym mym śnie?
Wynocha stąd!

Ale nie, nie, nie
Już utopiłem się
Ale nie, nie, nie
Ciągle Ty ciągniesz mnie

Ale nie, nie, nie
Wciąż więcej wody chcę
Ależ tak, tak, tak
Puścmy z dymem ten świat

Nie czekajmy lata
Ciepło jest na tyle
By łapać dni grudniowe
W siatkę na motyle

Nie czekajmy wiosny
Tańca w zimnym deszczu
Bezwstydnie na śniegu
Tango tańczmy jeszcze

Ależ, tak, tak, tak
w Twoich oczach cały świat
Ależ tu, tu, tu
To dla Ciebie cały blues

Może tu czy tam
Teraz ja wiem, Ciebie mam
Ależ nie tylko nie
Ty zupełnie masz mnie

Ale nie, nie, nie
Już utopiłem się
Ale nie, nie, nie
Ciągle Ty ciągniesz mnie

Ale nie, nie, nie
Wciąż więcej wody chcę
Ależ tak, tak, tak
Puścmy z dymem ten świat

Jesienna niemoc twórcza

Ostatnio sporo z Pitbullem Ambrożym spędzamy czas w lasach miejskich Warszawy. On biega, szczeka, ślini się a potem z uśmiechniętym spojrzeniem pada w liście i leży, dysząc ciężko, ciesząc się czerwono - złotym, jesiennym dywanem. Ja jeżdżę w czapce, częściej myję rower, bo ktoś zwrócił mi uwagę, że jest całym usmarowany błotem - pewnie bym się nie przejął, gdyby to nie była właśnie ta osoba - pierwsza od długiego czasu, której opinię chcę znać i z którą chcę się liczyć. Pitbull Ambroży też jest zauroczony więc obaj mamy całkiem dobre humory w czasie naszych wycieczek, wypadów, treningów.

Ze względu na różne czynniki, nie mamy jednak specjalnie czasu ostatnio by przysiąść spokojnie i napisać nic nowego, ani nawet zabrać się za myślenie o skończeniu rozpoczętych opowiadań. Nie chcieliśmy jednak zostawiać Was, drodzy czytelnicy, bez żadnych nowych fragmentów czy wierszyków. Poniżej znajdziecie więc kilka haiku napisanych już jakiś czas temu. Miłej lektury.

Słońce o świcie
Jakież szczęście spotkać się
Księżyc o zmierzchu

Krzyk w deszczu łez
Nie rozróżniam kolorów
Spuchniętym okiem

czwartek, 26 listopada 2009

Poezja spontaniczna

Czasami zdarza się tak, że wena twórcza dopada nas w najmniej oczekiwanym momencie. Czasami bywa tak, że pies ucieka po to, żebyśmy odnaleźli go w miejscu, w  którym najmniej się tego spodziewamy - szukając go przeszukujemy zakątki, w które nigdy nie zapuścilibyśmy się normalnie. Może właśnie o to chodzi - o to, że nasze zwierzaki chcą nas zaciągnąć gdzieś, gdzie sami z własnej woli nigdy nie pójdziemy?

Pitbull Ambroży zwiał na kilka dni zostawiając mnie tylko z migreną i koszmarnym bólem rozsadzanego przez nadliczbowy ząb dziąsła. Ale dziś w nocy zauważyłem go wracając z pewnego klubu i idąc za nim wpadłem zupełnie przypadkiem na fragmenty własnego ja porozrzucane gdzieś po parkingach Mokotowa. Dzięki niemu udało mi się uporządkować kilka rzeczy i napisać na skrawku papieru ten wierszyk, który znajdziecie poniżej. Niekiedy mam wrażenie, że Pitbull Ambroży czeka na mnie, żeby zabrać mnie na drugą stronę. Czasami myślę sobie, że jest on ostatnią rzeczą, która trzyma mnie tutaj.

Wiem, że wierszyk jest przydługawy. Ale czasami trudno silić się na krótką formę, kiedy tyle myśli na raz, niczym papierosowy dym, kłębi się w nas walcząc o to, by wydostać się na zewnątrz.

bez tytułu

Sny o nieistnieniu
Prześladują mnie co noc
Rozpływam się w ustach nicości
Które nie chcą mnie przeżuć
To nieprawdopodobne
Ile związków
(chemicznych)
Jestem w stanie w siebie wmusić
A mimo to
Definiują mnie
Zaburzenia ciśnienia
I krew płynąca z twarzy
.
Nie chcę, by ktokolwiek widział
Jak przegrywam sam ze sobą
Sparing o świadomość
Nawet gdy mieszam
Wódkę z ketoprofenum
Przez moment pamiętam
Pękanie na milion drzazg
.
W twoim oku
Jestem tylko
Dymem niedogaszonego papierosa

piątek, 6 listopada 2009

Haiku jak klisza

Ostatnio napisałem trochę o tym, jak haiku powinno wyglądać. Właściwie to, o czym piszę nazywa się nieco inaczej w różnych sytuacjach, ale dla uproszczenia przyjmijmy, że haiku to krótki wiersz składający się z trzech wersów o pięciu, siedmiu i pięciu sylabach.

Jest już późno, Pitbull Ambroży smacznie chrapie w mojej pościeli więc wypadałoby, żebym i ja się wreszcie położył. Najpierw jednak chciałem wyjaśnić nieco moje podejście do haiku. Otóż zwykle poeci skupiali się na opisach przyrody, która wywoływała pewne refleksje czy wprowadzała ich określony stan emocjonalny. Mówiąc metaforycznie, gdybym chciał napisać klasyczne haiku wziąłbym aparat fotograficzny i zrobię zdjęcie kiedy zobaczę coś urokliwego, co poruszy moje serce albo sprawi, że Pitbull Ambroży przysiądzie na spacerze z wrażenia i lekko przekrzywi głowę, jakby chciał przyjrzeć się temu bliżej. Potem przepiszę to zdjęcie słowami wspominając, jak czułem się kiedy obraz utrwalał się na kliszy.

Moje haiku, na których pisanie ostatnio naszła mnie chęć są raczej zdjęciami z tomografu komputerowego. Chcę, żeby oddawały to, co dzieje się w mojej głowie, rysowały obraz uszkodzeń i może nie tyle degeneracji, co przemian mojego umysłu. Nie tyle staczam się, co zatracam. Nie znajdziecie tutaj więc impresji o czerwono - złotej jesieni ani o kaczkach w stawie na Polu Mokotowskim, ale to, co dzieje się wewnątrz autora, drogie Dzieci, lub też co Pitbull Ambroży sądzi, że się z autorem dzieje. Mam nadzieję, że się Wam spodoba ta odmiana od wierszyków i fragmentów kolejnych Bajek, których nie zamieszczam, ponieważ jakoś nie mamy ostatnio czasu, aby przysiąść i pisać.

Bezradny bełkot
Wylewa się z gardła
Pod Twoje stopy

wtorek, 3 listopada 2009

Kolejne Haiku

Wiem, że hurtowe zamieszczanie poezji, nawet w tak krótkich formach nie powinno mieć miejsca, nie mówiąc już o produkowaniu wierszy w tak zatrważających ilościach jak ostatnio to czynimy z Pitbullem Ambrożym, ale zwróćcie uwagę na to, że nie wszystkie te wierszyki są nowe, więc to, że piszemy ostatnio jakoś więcej niż zwykle jest tylko złudzeniem.
Dziś będzie więc haiku o tym, co dzieje się ze mną i z Pitbullem Ambrożym. Trącił mnie właśnie nosem, żebym nie zapomniał, że jest to haiku z dedykacją dla kogoś bardzo dla nas ważnego.

Porzucam mój dom
Nad zamarzniętą taflą
Huragan ognia

Wierszyk pod numerem 32

Podobno ludzie piszą najwięcej, kiedy jest im smutno. No bo przecież kiedy jest dobrze, to raczej skupiają się nad tym, żeby chwytać te radosne chwile w dłonie a nie na tym, żeby stać obok nich z ołówkiem w ręku i skrobać na kartce papieru, jak jest wspaniale. Skoro jest wspaniale, to lepiej się cieszyć tym, co się dzieje zamiast odsuwać się i patrzeć na wszystko z boku, żeby móc to ująć w ciasne ramy wiersza.

Pitbull Ambroży, kiedy jest szczęśliwy albo merda ogonem albo drepcze sobie po parku rozmyślając pewnie nad bohaterami różnych opowiastek. A kiedy jest mu smutno wyje do nocnego nieba za oknem i nie daje mi spać. Ostatnio wydaje się tak smutny, że nawet nie chce mu się wyć, tylko leży przez całą noc koło mojego łóżka i wpatruje się w powoli przesuwające się za oknem chmury. Żeby jednak nie wyglądało to tak, że nie jest w stanie nic napisać pomyślałem sobie, że zamieszczę jakiś wcześniejszy wierszyk, który może będzie odpowiadał nastrojowi Pitbulla Ambrożego.

32.

Ponad ołowianymi chmurami
Trzy gwiazdy w-na krzyż
mój wzrok spada
jedenaście pięter w dół
żeby blask tych małych kropeczek
odbity w twoich oczach
nie spalił mnie na popiół

poniedziałek, 2 listopada 2009

Haiku

Haiku. Tradycyjna forma poezji japońskiej. Tak naprawdę to, co rozumiemy pod słowem haiku, czyli krótki utwór o strukturze sylab 5 + 7 + 5 to hokku, czyli zalążek całego haiku. Haiku ma opisywać jakiś stan natury. Rzadziej stan duchowy. Najlepiej, jeżeli opisuje jakąś impresję twórcy inspirowaną chwilą. Spoglądając na świat poeta utrwala obraz i swoje uczucia w tej formie, jak na zdjęciu. Fotografie również nie oddają tego, co czuło się w danej chwili, ale pozwalają przywołać znów te uczucia, przymknąć oczy i znaleźć się znowu w tym samym miejscu. Tak powinno oddziaływać na nas hokku. Potem dopisujemy do tego kolejny wers. 7 + 7. I tak powstaje pierwsza strofa. I możemy tak pisać dalej, jakby tworząc album ze zdjęciami, jakbyśmy ustawili aparat na fotografię sekwencyjną. O teorii będzie jeszcze kiedyś, bo Pitbull Ambroży szczeka na mnie, że powinienem się skupić na wierszu, a nie na opisywaniu tego, jak powinien działać. Czy wiersze działają?

Spójrz mi w oczy
Tysiąc wcieleń czekałem
By usłyszeć nie

niedziela, 1 listopada 2009

Wierszyk pod numerem 30

Czasami tak się zdarza, że w życiu mają miejsce zmiany, które trudno zaakceptować. Pitbull Ambroży, mój najlepszy i czasami jedyny przyjaciel który może się do mnie zbliżyć w każdej chwili (bo poza towarzyszeniem mi w moich onirycznych podróżach nie robi w życiu specjalnie zbyt wiele) przypomniał mi dzisiaj pięć faz umierania, które dopasować można także do wielu innych sytuacji.
Najpierw jest zaprzeczenie, kiedy nie chcemy się pogodzić z tym, że zdarzyło się coś takiego. Potem gniew, kiedy próbujemy zniszczyć nowy porządek, chociaż wiemy, że stary świat już przepadł i nasze życie nigdy już nie będzie takie, jak kiedyś. Potem jest faza targowania się, kiedy próbujemy zaklinać, modlić się, przekupić wszystkich wokół w zamian za obietnice i przysięgi. Następnie przychodzi faza depresji, stagnacji, kiedy nie mamy siły udawać, że mamy siłę to udźwignąć.
I wreszcie faza akceptacji. Kiedy godzimy się z obrotem wydarzeń czekając spokojnie na to, co stać się musi. Czasami nawet z zaciekawieniem. Co będzie.

Z związku z tym, że fluktuuję gdzieś pomiędzy gniewem, depresją a akceptacją, Pitbull Ambroży prosił mnie, żebym przypomniał sobie jeden z najwcześniejszych wierszyków i tutaj go opublikował. Miłej lektury.

30.

Nie dociera to do mnie
więc nie potrafię się przejąć
wchodzę na pokład tyłem
patrząc w stronę lądu
nie chcę wiedzieć, że płynę

niedziela, 27 września 2009

Fragment opowiadania "Mała"

Ponieważ dawno nie było już żadnych fragmentów na tym blogu zdecydowaliśmy z Pitbullem Ambrożym zamieścić fragment bardzo wczesnej wersji opowiadania Mała. Poniżej znajdziecie pierwsze dwa akapity tej nowelki będącej częścią zbioru Bajki o końcu świata. Żadna edycja nie miała jeszcze miejsca, nie krępujcie się, jeżeli zauważycie jakieś błędy.
Jak szybko się domyślicie, jest to opowiadanie detektywistyczne nawiązujące do klasyków gatunku, jakie powstawały w tym okresie. Starałem się dopracować wszystko tak, żeby jak najlepiej oddać atmosferę tamtych lat, może w tym fragmencie akurat tego nie znajdziecie, ale główny bohater odwołuje się do słynnych w tym czasie filmów, sportowców, wydarzeń.
Życzymy miłej lektury.


Nocą miastem rządzą koty. Przemykają pomiędzy cieniami zaułków, nawołują się wypełniając ciszę potępieńczymi jękami czasami tak przerażająco podobnymi do ludzkiego płaczu. Są takie chwile, kiedy przechadzając się wąskimi uliczkami nagle słyszę, jak któryś z tych nieodgadnionych wędrowców spada na kawałek porzuconej blachy na tyłach jakiegoś domu i odwracam się, jak na odgłos wystrzału, z dłonią na kolbie niczym bohater wydanego na papierze z odzysku westernu. Zresztą, gdyby o mnie pisano powieści też pewnie wydawano by je na srajtaśmie.
Mając już dość szwędania się po Chinatown niespiesznym krokiem przemierzam Most Brookliński, trzymając w zębach peta którego nikłe światełko desperacko walczy z wiatrem staram się iść tyłem, podziwiając panoramę Manhattanu, której nigdy nie mogę się nadziwić. W nocy jest zdecydowanie zbyt jasno. Miliony żarówek pożerają prąd tylko po to, żeby tysiące nocnych Marków którzy pielgrzymują pomiędzy ulicami półwyspu nie bało się ciemności. Mrok spowija tylko te zaułki, które po zmroku karmią się krzykami przyduszanych w nich samotnych ofiar, okradanych z drobnych, gwałconych, mordowanych za niewinność albo za grzechy całego życia.
Wielkie Jabłko, którym można najadać się do syta każdego dnia, miesiącami, latami, przez miliony żyć tych wszystkich larw, które się tutaj urodziły albo przyjechały, nie ważne, czy na pięć godzin czy na pięćdziesiąt lat. Wszyscy z lotu ptaka wyglądają jak robactwo, które pełznie bez celu arteriami miasta, jak glisty w ciele zakażonego, z tą tylko różnicą, że Nowy Jork nie może wysrać wszystkich szumowin.
A propos szumowin…
Zsuwam nieco rękaw mojego najlepszego skórzanego płaszcza – na ciemnym materiale marynarki nie widać krwi, ale czuję, że cały się lepi od mojej juchy. Kula tylko mnie drasnęła, a leje się ze mnie jak z zarzynanej świni. Chowam się za monumentalnym filarem tak, żeby nie było mnie widać z jezdni, po której bezustannie śmigają samochody, w tę i we w tę. Kładę płaszcz na ziemi, siadam na nim brudnym od ziemi tyłkiem, odrywam drugi rękaw i nie ściągając koszuli z rany obwiązuję sobie moje „zadrapanie”, naciągam płaszcz i poprawiwszy go kilkoma ruchami barków obciągam rękawy, od hulającego między przęsłami wiatru zaczyna być mi zimno w dłonie.
Jestem niemal pewien, że nie wiedzą, gdzie jestem. Umknąłem im tak, jak to tylko ja potrafię, znając każdą uliczkę i każdy zaułek, każdy zakamarek gdzie koty, baczni obserwatorzy wytyczają swoje tajemnicze szlaki. Nawet jeżeli gonili mnie do Chinatown, to pośród upstrzonych neonami alejek nie mieli już szans za mną nadążyć. Pieprzone mośki.
Pieprzona Lil! Niemal to wykrzyczałem. Aż się we mnie zagotowało. Oczy miała otwarte, wzrok wbity we mnie kiedy jej ciało upadało, teatralnie i powoli podczas gdy pociąg ołowiu wbijał się jej w plecy, niemal czułem pęd kul które przebijały się przez jej klatkę piersiową, szarpały na strzępy bluzkę i płaszcz. Tak mocno wiało, kiedy się całowaliśmy musiała ciągle odgarniać włosy z twarzy, ale kiedy osunęła się na ziemię widziałem jej oczy dokładnie, sam nie będąc pewien, co w nich widzę. Czy to była jej złość na samą siebie, że dała się złapać w pułapkę, czy może chciała mi powiedzieć „przepraszam” wiedząc, że teraz moja kolej, żeby zostać królikiem dla myśliwych z żydowskiej mafii… Cokolwiek bym nie chciał zobaczyć w jej spojrzeniu jestem pewien, że mógłbym sobie wmówić. Również to, że w tej chwili tak strasznie jej nienawidzę, że jestem gotów przekląć dzień, w którym ją poznałem.

No właśnie. Dziś mija czwarta doba od tego niezwykłego momentu. Spędziliśmy razem trzy cudowne dni. Aż do dzisiejszego poranka. Weź się w garść, Jack, zachowujesz się jak uczniak którego nagle rzuciła dziewczyna. Co za bzdura.
Weszła do mojego biura ubrana w zdecydowanie odpowiadającą temperaturze sukienkę, na ramionach spoczywał jej lekki płaszczyk z gatunku tych, które noszą aktorki na galach. Czarne długie włosy, wijące się wokół jej twarzy niczym węże, jak u mitologicznego potwora, demona, który będzie mnie kusił ustami tak czerwonymi, jak czerwone nie potrafią być nawet róże; namiętnymi wargami ostro odcinającymi się głęboką barwą od bladej twarzy. Są takie kobiety, które wyglądają, jakby zaraz miały zemdleć, żeby taki naiwny blondynek jak ja od razu rzucał się na pomoc na sam ich widok. One mają coś w swoim spojrzeniu takiego, co jednocześnie usypia twoją czujność i sugeruje ci, że masz do czynienia z drapieżnikiem, któremu i tak nie możesz się oprzeć. I te rozchylone wargi, z językiem sporadycznie ślizgającym się po zębach, pełne i namiętne wargi które mógłbyś gryźć, ssać, na myśl o których chce ci się płakać, wyć i mordować.
Lil była wzorcowym przedstawicielem tego typu uwodzicielek, które niczym syreny wabią mężczyzn żeby później móc ich pożreć. Wiedziałem o tym, kiedy szybkim ruchem odsunęła fotel dla klientów, posadziła na jego sparciałym siedzisku swoje idealnie ukształtowane pośladki i założyła nogę na nogę. Oczywiste było, że muszę się bronić, tak samo jak oczywiste było, że nie dam rady się oprzeć. Rozłożyłem się więc wygodnie na oparciu, złożyłem dłonie na karku modląc się, żeby plamy potu nie wypłynęły mi pod pachami dyskredytując całkowicie, po czym nerwowo kręcąc palcem w bucie starałem się nie palnąć niczego idiotycznego, maskując świadomość nadchodzącej klęski głupawym uśmieszkiem.
Podejrzewałem że będzie mnie prosić o śledzenie dużo starszego męża od którego planuje wyłudzić alimenty albo chce odzyskać swoje nagie fotografie, które dała zrobić jakiemuś gołowąsowi podającemu się za wschodzącą gwiazdę nowojorskiej awangardy artystycznej. Takie wampy przychodzą do prywatnych detektywów tylko po takie rzeczy, wiedzą, że policja im nie pomoże w rozwikływaniu delikatnych spraw wymagających dyskrecji a przede wszystkim pewności, że rażony piorunem ich urody tajniak będzie działał z fanatyczną lojalnością. Przynajmniej tak zawsze pisują w książkach.
Tymczasem ona wpatrywała się w zakurzoną tabliczkę z moim nazwiskiem, jakby chcąc ocenić, czy moje imię nada się do jej diabolicznych planów usidlania bezbronnych wobec niewieściego arsenału samców, czy też nie… Pewnie, że się nada. Jack. Takie dobre, amerykańskie imię.
- Jack… - myślałem że spadnę z fotela kiedy jej obłędne usta wypowiedziały słowo które zwykłem słyszeć kilkadziesiąt razy dziennie. Zabrzmiało tak, jakbym właśnie doprowadził ją do orgazmu stulecia, wstrząsnęły mną dreszcze.
No dobra, może lekko przesadziłem, ale jak tak się właśnie czułem. Jakby do mojego zawszonego, zapomnianego przez Boga biura nagle wtargnął huragan nieziemskiego piękna, szalonej namiętności i niewyobrażalnych kłopotów. Najmniej wiarygodne w tej historii jak dotąd jest to, że kiedy Lil pierwszy raz przekraczała mój próg nie chciała ode mnie nic. Absolutnie nic, totalnie nic. Weszła i zapytała:
- Może umówimy się na kawę, detektywie?
To było jak cios prosto w śledzionę, mało nie złożyłem się na biurku skowycząc z bólu. Metaforycznie. Ale chciałem paść na biurko żeby nie widziała, jak płomienny rumieniec oblewa moje zdeformowane setkami bójek lico. W zaistniałej sytuacji mogłem zrobić tylko jedno: podjąć jedyną słuszną decyzję z którą zgodziłby się ze mną każdy prawdziwy twardziel.
- Właściwie w tej chwili nie mam nic do roboty, więc może skoczymy gdzieś, znam w okolicy całkiem miłą kawiarenkę…

czwartek, 3 września 2009

Wierszyk pod numerem 45

Czasami tak się zdaża, że piszę o czymś żeby chwilę później się dowiedzieć, że ktoś to już wyartykułował, zwykle trafniej i ładniej niż ja. Tak było i w tym wypadku - wierszyk pod numerem 45 powstał chwilę przed tym, zanim w moje ręce wpadła płytka z której utwór znajdziecie na blogu Cookiego pod tym adresem.

45.

Świat jak pijany zając
płonie pędząc w ciszy
ślepe ognie omijają
tylko proste sprawy – ludzi
           i myszy

poniedziałek, 31 sierpnia 2009

Fragment Tkaniny

Dziś mamy swoiste święto lasu, wrzucamy bowiem fragment Tkaniny. Był to mój pierwszy pomysł na powieść, tak ogromny, szczegółowy i dopracowany, że w końcu mnie przerósł. To, co wydaje się być doskonałym scenariuszem nie zawsze wygląda tak niesamowicie w realizacji. Tak długo, jak długo nie jesteś zadowolony ze swojego rezultatu Twoje morale spada, aż w końcu moje uderzyło o grunt z wielkim hukiem.

Od tamtej pory nie mogę się zabrać za Tkaninę nie dlatego, że mi się nie chce, czy dlatego, że nia mam pomysłów na to, co dalej zrobić z jej bohaterami - scenariusz leży, jest dopieszczony w najdrobniejszych szczegółach i dlatego nie chcę go zepsuć skrobiąc coś tylko z poczucia obowiązku. W dniu, w którym uznam, że mój warsztat przeszedł wystarczającą ewolucję wrócę do pisania. Póki co mały fragment pasujący do zbliżającego się końca lata:

- Tak, wiem. Masz wszystko, czego ci trzeba. Nie robisz specjalnie nic, ale i niczego nie potrzebujesz więcej. Chciałeś kupić samochód, skończyło się na nowym głośniku do wiosła i sporadycznych karach za jazdę metrem bez biletu…
Westchnęła, włożyła ręce pod głowę i leżeli tak chwilę w milczeniu, wpatrując się w bezkształtne chmury, pełznące leniwie nad parkiem. Joss uniósł się na łokciach obrzucając spojrzeniem całą okolicę, po czym usiadł tuż za nią i oparł ją o siebie, leniwie wkładając palce pomiędzy jej kruczoczarne fale. Drzewa zasłaniały im wszystkie betonowe bloki na widoku, stwarzając iluzję małego elizjum natury w wyasfaltowanym od podziemi aż po dachy biurowców Otti. Psy szczekały nadal, dzieci ciągle wrzeszczały, staruszkowie trajkotali jak najęci popijając herbatę z termosów, zupełnie zresztą jak rozleniwieni ostatnim dniem wakacji studenci.
- Prawie jak w Central Parku. – zauważył Joss, podając Wiki termos. – Popatrz, ta górka, na której siedzimy, te okrągłe drzewa, tam staw. Jak na filmach o Nowym Jorku. Brakuje tylko miłośników popołudniowego joggingu.
- Która godzina?
- W pudło szóstej. Jedziemy już?
- Jestem umówiona na wpół do siódmej. - zakręciła termos i schowała dodatek dla kobiet do torebki. Spakowali wszystkie rzeczy i ruszyli wzdłuż alejki ku wyjściu.
- Z kim? – udał brak zainteresowania.
- Z dentystą. Wiesz, tam, na osiedlu za pętlą tramwajową. – Joss doskonale znał to miejsce. Irracjonalny i paranoiczny lęk przed nawiercającymi zęby maniakami w białych kitlach zwykle trzymał go daleko od tego miejsca.
- Wpadnę po ciebie jak oprowadzę wujka. Zadzwonię i się jakoś umówmy. Długo tam będziesz siedzieć?
- Nie mam pojęcia. Po prostu zadzwoń i zapytaj, gdzie jestem.
Przeszli alejką na przystanek autobusowy i po chwili czekania zajęli miejsca w rozklekotanym pojeździe, który straszył trzeszczącą karoserią i dygoczącymi szybami, najbardziej zaś jednak powycinanymi w siedzeniach wulgaryzmami i nazwami okolicznych drużyn piłkarskich, które to rządziły lub nie, w zależności od tego, której z nich fani mieli akurat przy sobie ostre narzędzia.
Omijając kolejne remonty nawierzchni licznymi objazdami, dotarli w końcu w pobliże hotelu Astoria, który wnosił się pośród wielu szarych, betonowych bloków, w gruncie rzeczy nieco im podobny, tyle tylko, że z zewnątrz obłożony szklanymi płytami próbował jakby uciec od swoich smutnych sąsiadów. Kilka przecznic dalej straszyły dwa stare kominy przedwojennej fabryki, które na tle wbijających się w niebo szklanych wierz, których strzeliste bryły wnosiły się nieopodal, w śródmieściu, wyglądały ponuro, niemal upiornie.
Joss spojrzał na zegarek i dochodząc do wniosku, że oboje mają jeszcze mnóstwo czasu skierował się w stronę jednego z podwórek położonych między klockami z wielkiej płyty, które swoimi czteropiętrowymi cielskami zasłaniały niebo. Kilkoro dzieci bawiło się przy piaskownicy i na huśtawkach, przekrzykując się i obrażając na siebie nawzajem, by za chwilę znów się pogodzić i zacząć zabawę od nowa, nie zwracając w ogóle uwagi na przytuloną parę która usiadła na trzepaku, wpatrując się w niebo ponad budynkami.
Było stąd widać anteny i kominy hotelu, a także górne okna zimowych ogrodów rozlokowanych na całym dachu. Na balkonach bloków wisiało powiewające na wietrze pranie, a z dachu Astorii dochodziły dźwięki bliżej nie określonej muzyki, która ginęła w betonowej studni podwórka, rozbita przez szczerbate starymi oknami ściany.
- Ten hotel to pewnie też był taki blok. – zauważył Joss. – Tylko dodali jedno piętro, a na nim jeszcze nabudowali te szklane apartamenty.
Wiki nie odpowiedziała, przeciągając się, z rękoma uczepionymi górnej rury trzepaka, stopami niemal dotykała gruntu. Spoglądał na nią lekko mrużąc oczy, chociaż otaczające ich bloki kradły światło słonecznego popołudnia. Jej torebka upadła na ziemię, schylił się i zawiesił ją obok siebie.
- Co będziemy robić dziś wieczorem? – zapytała w końcu, jakby znudzona już wszystkimi innymi dźwiękami podwórka. – Wymyśliłeś coś?
- Gram dzisiaj chwilę w tym klubie koło twoich rodziców. Możemy iść razem, może z godzinę ta posiedzimy, a potem pójdziemy gdzie indziej, mogę zostawić gitarę na zapleczu.
- Nie myślałeś nad tym, żeby się zatrudnić gdzieś na stałe? Mógłbyś na przykład grać u Maksa, a potem rozlewać piwo, albo cokolwiek innego, po prostu pracować w knajpie.
- Za dużo o mnie myślisz. – objął ją i przyciągnął do siebie, rura, na której siedzieli jęknęła lekko, okruchy rdzy posypały się na przerzedzoną trawę. – Powinnaś raczej zastanowić się nad tym, co ty chcesz tak naprawdę robić. Nie zajmujmy się mną…
- … ale nami. – dokończyła za niego. – Nie lubię tego gościa, te jego wiersze jakieś takie nieskładne są. Poza tym, nie zmieniaj tematu.
- Ale Mała, zrozum, ja tak naprawdę wszystko mam…
- … czego w tej chwili potrzebuję. – znów przerwała mu Wiki. – A kiedy zacznę potrzebować, będę już sławnym bluesmanem, ludzie będą kupować moje płyty i słuchać kawałków, które naskrobię, w radio. Kotek, powtarzasz tę śpiewkę, odkąd cię poznałam. Ile w tym czasie utworów napisałeś? Ze sto? Czy więcej? Inni twoi koledzy grają znane kawałki, robią aranżacje, ktoś ich docenia za pomysłowość, a przede wszystkim ludzie chcą ich słuchać, znają to, co tamci grają. Myślisz, że chociaż jedna trzecia z tych, co siedzą po tych wszystkich modnych spelunach zna się na muzyce i docenia to, że ćwiczysz całymi dniami własne utwory zamiast grać jumpin’ at shadows?
- Żaba, ale zrozum…
- Kotuś, ty tak naprawdę nie chcesz iść do żadnego wydawcy. Nic nie nagrywasz, nie wysyłasz tego. Nie masz stałego zespołu, rozumiem, nie jest ci potrzebny, ale zanim ktoś cię zauważy będziesz pomarszczony jak rodzynek i nikt nie będzie chciał cię umieścić na okładce płyty.
- Nie chcę robić w gastronomii, to przerąbany biznes jest. – znów wróciło wspomnienie o kilkutygodniowej pracy w sieci fast foodów, gdzie smażył hamburgery, w kretyńskim fartuszku, bezustannie parząc sobie ręce gorącym olejem, potem wpychał je do naćkanych sałatą bułek i wreszcie podawał, jeszcze skwierczące, tuzinom tłustych dzieciaków, ich matek i ojców, wszystkich wyglądających jak te kotlety, tylko jeszcze przed podaniem. Najgorsze według niego było jednak to, że kazali mu przy tym nosić czapeczkę z daszkiem, która za nic w świecie nie chciała wejść na jego przypominającą afro fryzurę, sztywne jak druty włosy ciągle spychały ją z głowy, aż w końcu kiedyś upadła do frytownicy i wreszcie go zwolnili. Nie licząc bezustannych spóźnień, potępieńczego wycia rozmaitych bluesowych standardów w toalecie i przysypiania nad kontuarem, był to jedyny powód, dla którego złośliwi menadżerowie odesłali go do domu. Potem i tak jeszcze przez kilka dni śniły mu się gorące płyty grilla do wołowiny. Wzdrygnął się. – Nie, to nie dla mnie.
Jakiś samochód wjechał na podwórko, kierowca zatrąbił kilka razy i otworzył drzwi pasażera. Otworzył okno, by strzepnąć dym z papierosa, wreszcie ochrypłym głosem przywitał oschle przesadnie upudrowaną kobietę, która w wyjątkowo za krótkie jak na jej pulchne nogi spódniczce przytupała z jednego z budynków. Auto powoli wytoczyło się tyłem, pozostawiając bawiące się dzieciaki i trzepak samym sobie.
- Ja jestem emerytem społeczeństwa przemysłowego. Nic mi się nie chce, podstawowe potrzeby mam zaspokojone, a na branie udziału w wyścigu szczurów nie mam ochoty. Ja wiem, że czujesz gdzieś tam, w głębi swojego serduszka, że z tobą też coś jest nie tak, jak wszyscy inni chcieliby, żeby było. Włóczymy się po tych podwórkach, parkach, klubach, knajpach i łazienkach, wybrzydzamy na to, ale ani ja, ani ty nie chcesz innego życia. Gdybyś chciała, już dawno zostawiłabyś mnie z moim zagraconym mieszkaniem, zalaną łazienką i głupawą fryzurą, chociaż akurat w tym przypadku nie ma w tym mojej winy.
- Może już pora. – westchnęła Wiki i przytuliła się do niego, mocno wbijając paznokcie z materiał jego bluzy, zaciskając objęcia najsilniej, jak potrafiła. Powietrze wokół niej wypełniło tykanie zegarka Jossa, który chodził tylko dlatego, że nakręcał się przy potrząsaniu dłonią. Powoli zsunęli się z trzepaka, który zaskomlał żałośnie, po czym przeniknęli przez szczelinę między blokami na chodnik pod hotelem, zostawiając za sobą znów pokłócone dzieciaki.
Po chwili na pobliski przystanek podjechał autobus, Wiki zabrała Jossowi swoją torebkę, po czym całując go (przez niemal nieskończenie długą chwilę, która wydawała się być wypełniona ciepłym dotykiem jej warg, słodkim smakiem jej języka i wrzącym niemalże oddechem Jossa, który dyszał, jakby chciał wpompować w ten moment cały wszechświat, uwięzić wieczność w tym pocałunku;), stojąc już na schodkach pojazdu, dotknęła jego ramienia i pożegnała się przeciągłym spojrzeniem, pełnym właściwie wszystkiego, co oczekiwał w nim zobaczyć Joss, pełnym właściwie wszystkiego po trochu.

niedziela, 30 sierpnia 2009

Prace nad "Małą"

Prace nad opowiadaniem Mała ze zbioru Bajki o końcu świata dobiegają końca. Cała historia ma w sumie dwadzieścia tysięcy i trzydzieści osiem wyrazów, jest powiązana z pięcioma innymi z tego samego cyklu i jak dotąd jest to opowiadanie najobszerniejsze - trzydzieści pięć stron. Wkrótce wrzucę jakiś fragment, najpierw jednak pojawią się zapewne jakieś kawałki Siódmego dnia czyli opowiastki będącej jedną z osi dla wszystkich historii opowiedzianych w ramach Bajek

Dziś do trzeciej nad ranem siedziałem, pełen poświęcenia i dobrych intencji, z puszką piwa w ręku czytając to, co napisałem tydzień temu, nota bene także z puszką piwa w ręku. Chociaż generalnie z rzadka jestem zadowolony z pierwotnego rezultatu muszę przyznać, że Mała doczekała się naprawdę niewielu poprawek. Sądzę, że spodoba się to opowiadanie, będące co prawda historią detektywistyczną, wychodzącą jednak o wiele dalej niż należałoby się spodziewać po ramach tego gatunku.

Jeżeli ktoś jest chętny do popełnienia korekty opowiadania - tj. wyłapania literówek, błędów, niepoprawnie sformułowanych zdań czy powtarzających się wyrazów i, w porozumieniu ze mną, zastąpienia ich synonimami, proszę o kontakt bądź przez maila, bądź przez gadu. M., Ty nie dostaniesz tego przebrzydłego zadania z dwóch powodów: chcę, żebyś czekała na całość z niecierpliwością, dlatego nie dam Ci jej jako pierwszej, a po drugie wiem, że nie znosisz robienia korekt.

Wyczekujcie kolejnych fragmentów uważnie - niedługo także pojawią się z  pewnością jakieś wierszyki.

wtorek, 25 sierpnia 2009

Fragment opowiadania "Zdzisiu"

Pitbull Ambroży przedstawia: obiecany fragment opowiadania Zdzisiu będącego częścią zbioru Bajki o końcu świata.

Pan Marcel patrzył na ten upiornie pusty krajobraz oniemiały, jakby próbując przypomnieć sobie, jak wyglądało miasto przed wojną, mrużył oczy, drapał się po zmierzwionej wiatrem brodzie, aż w końcu ruszył przed siebie, potykając się o kamienie i gruz, jakby przekonany, że jego znajomi zdołali się gdzieś ukryć, że ich mieszkania i domy jakimś cudem uniknęły neutronowej zagłady. Zdawało mi się, że oszalał, wołałem na niego, ale ulewa zagłuszała moje krzyki, tuląc więc świnię pod marynarką zacząłem gramolić się za nim.
Przeszliśmy dobrych kilkaset metrów po tym pustkowiu, wyparzonym całkowicie przez straszliwy kataklizm, nie znajdując nawet śladu świadczącego o tym, że kiedyś mieszkać tu mogli ludzie. Ostatnie ocalałe zabudowania zniknęły nam za plecami, jakby utopione w tym nienaturalnie ciemnym deszczu, zdawało się, że stoimy sami, pośrodku pustyni, że wokół nie ma już nic, że nic nie ocalało, bałem się, że został już tylko on, ja i ten trzęsący się ze strachu zwierzak.
- Tu nikogo nie ma. – szepnąłem do niego, nie drgnął się nawet, nie odwrócił się. Obszedłem go ostrożnie, nie pamiętam już, czy to deszcz rozlewał mu się po twarzy, czy to łzy spływały ostrymi wgłębieniami zmarszczek, skapując z szarpanej wiatrem brody. – Mistrzu, cylinder…
- Ach, dziękuję. – w ostatniej chwili przytrzymał go, nasadził mocniej na wyłysiałą głowę i znów zamilkł na kilka długich chwil. – Cylinder…
- Już się trzyma… - zauważyłem nieśmiało.
- Nie, nie, cylinder, popatrz. – wskazał jakiś czerniący się pośród ulewy punkt, osłoniłem oczy od deszczu próbując wypatrzyć coś więcej, ale Pan Marcel już ruszył gwałtownie przed siebie. – Patrz, Tobiaszu, cylinder, patrz!
Nie oglądając się na mnie pędził przez gruzowisko, potykał się i chwiał niemal z każdym krokiem, a ja biegłem za nim, ściskając przerażoną Mariannę, sam nie mniej wystraszony, obawiając się, czy on aby nie oszalał. Nagle zatrzymał się jak wryty, zamachał rękoma próbując złapać równowagę, lecz w końcu upadł, kalecząc sobie dłonie, rzucił się na cylinder, który spadłszy, zatoczył się po ziemi; po czym wstał, otrzepał się i ubrał go znowu solidnie naciągając na głowę.
- Tobiaszu, zaanonsuj mnie panu. – zabrał ode mnie sierściucha, ruchem głowy wskazując majaczącą przed nami sylwetkę, która garbiąc się spoglądała na skąpane w deszczu pustkowie, stojąc do nas plecami, z dziurawym jak sito matowym cylindrem na głowie.

poniedziałek, 24 sierpnia 2009

Przydomek dla mordercy

Na blogu Ciasteczkowego pojawiła się informacja na temat małego, mikroskopijnego wręcz konkursu dotyczącego przydomka dla mordercy z nowej serii opowiadań. Jeżeli więc macie wenę twórczą, spróbujcie napisać w komentarzach pod tamtym postem coś ciekawego, Pitbull Ambroży z pewnością zamacha radośnie ogonem jeżeli wpadniecie na jakiś genialny pomysł.

Co zaś się tyczy Bajek o końcu świata to jesteśmy an dobrej drodze, żeby wyniknęło z tego coś sensownego. Dziś pracujemy nad scenariuszem do kolejnej opowiastki pod wiele mówiącym tytułem Pan John Mayers postanawia umrzeć. Na dniach zabierzemy się także za korektę Małej. Pitbull Ambroży przyznaje, że opowiadanie wymknęło mu się nieco spod kontroli i zrobiło się strasznie długie, pisaliśmy je wiele czasu i teraz jesteśmy nieco nim zmęczeni, musimy się jednak wziąć za powrót do niego, aby móc poprawić błędy, których z pewnością jest sporo i przygotować jakiś fragment do publikacji.

Tymczasem obiecujemy, że dziś wieczorem lub też jutro pojawi się tutaj fragment Zdzisia, pierwszego opowiadania z Bajek o końcu świata które powstało w zeszłym roku. mamy nadzieję, że się Wam spodoba. Plan wydawniczy przewiduje następnie publikację fragmentów kolejnych dwóch opowiadań, staramy się jednak być ostrożni na tyle, aby nie odkryć zbyt wiele przed zakończeniem wszystkich prac.

wtorek, 18 sierpnia 2009

Wierszyk pod numerem 23

Pitbull Ambroży i ja ciągle pracujemy nad kolejnym opowiadaniem do zbioru "Bajki o końcu świata", jesteśmy już za połową, opowiastka trochę nam się rozrosła, ale wiecie jak to jest: nikt nie panuje nad dziełem kiedy to już powstaje. Kolejne literki pojawiają się same, palce kłębią się na klawiaturze, Ambroży tu zaszczeka, że za mało, tam warknie, że trzeba dodać jeszcze jeden wątek i wychodzą z tego całkiem długie historyjki, zupełnie inaczej niż w zamierzonym scenariuszu. Żeby więc nie pozostawiać tego miejsca tak długo bez aktualizacji, zdecydowaliśmy się zamieścić jeden krótki wierszyk o raczej smutnym wydźwięku, niemniej bardzo go z Pitbullem Ambrożym lubimy.

Kiedy tylko opowiadanie zostanie skończone zamieścimy jego fragment, może po drodze pojawi się coś jeszcze.

Pozdrawiamy!

23.

W moim łóżku roztocza
miliony
mam w czym wybierać
Spojrzę roztoczom głęboko w oczy
Przytulę w te oczki wpatrzony
Czułki pogłaszczę
Chitynkę pocałuję
żyć nie umierać
a dobrze nam razem
bośmy szuje

poniedziałek, 8 czerwca 2009

Pitbull Ambroży wita

Pitbull Ambroży wita Was serdecznie na swoim blogu. Pitbull Ambroży został wymyślony przez pewnego gostka, który ma do niego jako takie prawa, problem z literaturą polega jednak na tym, że ona zwykle pisze się sama, wymaga do tego tylko zasilania zewnętrznego w postaci paluchów osoby, której nazwisko umieszcza się potem na okładce książki.

Moja bardzo dobra przyjaciółka, zwana dalej moją Wnuczką zwróciła mi kiedyś uwagę, że zakładanie bloga na którym publikować się będzie fragmenty swojej twórczości literackiej jest poważnym marnotrawstwem środków i zasobów swoich dzieł, jako że nikt nie traktuje poważnie tego, co się na takiego bloga wrzuca. Osobiście trafia do mnie ta argumentacja, natomiast Pitbull Ambroży nie dał się tak łatwo przekonać. Nawarczał na mnie i naszczekał, mimo jego generalnie spokojnego usposobienia i kazał założyć sobie stronę.

Udało mi się go przekonać do tego, żeby nie wrzucał tutaj całych opowiadań, głównie ze względu na to, że jego oleisty styl jest strasznym pożeraczem papieru i w efekcie posty miałyby po kilkanaście stron a4 po wydrukowaniu nawet najmniejszą czcionką. Jaki jest więc sens publikowania tylko krótkich kawałków? Ambroży mruczał coś o przygotowaniu ankiety, żeby opowiadania, których fragmenty najbardziej się spodobają były publikowane w odcinkach właśnie na tym blogu.

Jeżeli jesteś czytelnikiem na tyle wytrwałym, żeby tutaj zaglądać i czytywać kolejne fragmenty, zapraszam serdecznie. Jeżeli współpracujesz z jakimś pismem czy wydawnictwem i uważasz, że skoro internet znosi cieprliwie wszystko, to i pismo, według starego porzekadła powinno wytrzymać prozę i wiersze Pitbulla Ambrożego, mój mail znajdziesz na pasku po prawej na głównej stornie tego bloga.

Dobrej zabawy życzą
Jimmy K., znany także jako Cookie Monster oraz
Pitbull Ambroży